Zanim wroce do tego, co trzeba, czyli moich doswiadczen z agentami roznych rodzajow, chcialam pare slow, o tym, co sie dzieje teraz.
Ogladam ten nieszczesny TVN 24, szczesliwie coraz mniej, a przed chwila (wasza 18:45, moja 9:45 rano) przelaczylam sobie "Skaner Polityczny" na dobry, poczciwy amerykanski kanal "USA". Wlasnie leci "Trzesienie Ziemi w Nowym Yorku" - odetchnelam z ulga.
Wala sie domy, ci co przezyli spod gruzow wyciagaja rannych i martwych, swiat sie konczy na tym ekranie amerykanskiej TV, i jest to znacznie sympatyczniejsze, znacznie lepsze, i na pewno znacznie bardziej wartosciowe moralnie w swoim oddzialywaniu na widza, niz prawie cokolwiek, co moge zobaczyc w postepowej TVN.
W tym "Skanerze.." niejaki Slawomir Sierakowski sie wyzalal, jak mu zle, jak okropnie jest widziec taki brak wrazliwosci, jaki wykazal niejaki Giertych jadac do Gdanskiej szkoly, w ktorej dwa tygodnie temu sie powiesila dziewczynka. I mysle o tym, jak szkodliwe jest wyglaszanie takiego pogladu, i w ogole jest mi troche dziwnie myslec, ze to jest prawdopodobnie poglad polowy Polakow.
Jesli tak rzeczywiscie jest, to znaczy ze Polsce potrzeba jeszcze mnostwo, zeby naprawde sie zmienila ludzka mentalnosc. Bo w Ameryce z tej szkoly by prawdopodobnie nie zostalby kamien na kamieniu. Napewno kilka osob poszloby siedziec, a wszystkie wazne polityczne mowy wyglaszane bylyby wlasnie z terenu rozwalonej szkoly.
I to by bylo uznane za normalne i wlasciwe. Gdyby, oczywiswcie, w jakiejkolwiek szkole cos takiego by sie moglo wydarzyc. Wydaje mi sie, ze by nie moglo. Z roznych powodow - po pierwsze nauczyciel nie wyszedl by z klasy bez zastepstwa. Po drugie, gdyby w normalnej szkole zdarzylo sie, ze w jednej klasie byloby az czterech bandytow, to jednak byloby przynajmniej czworo wsrod dwadziesciorga innych dzieci, ktore by zareagowaly, i w najgorszym wypadku wezwaly nauczyciela na pomoc. Po trzecie - przynajmniej polowa tych dzieci opowiedzialaby sprawe rodzicom, i przynajmniej polowa rodzicow by natychmiast zareagowala. Rzecz by po prostu sie nie wydarzyla - tj, napewno ten dzieciak, ta Ania nie zostalaby zostawiona sama sobie.
I w ogole mysle, jak straszliwie daleko jeszcze jestesmy cywilizacyjnie od szczesliwej reszty swiata - ta wielka burza, ze znow niejaki Giertych zakwestionowal teorie ewolucji.
Moj Boze, w Ameryce ta teoria zostala zakwestionowana bardzo juz dawno temu, i nie ma takiej szkoly w Stanach, gdzie obok Darwina nie uczono by rowniez teorii "Intelligent Design". W niektorych szkolach, glownie katolickich, jest to jedyna teoria powstania wszechswiata, chociaz owszem, Darwin jest wzmiankowany, ale glownie jako autor nieslusznej teorii, chociaz przez wielu przyjetej za prawdziwa.
Ale najbardziej dramatyczna roznica miedzy Polakami i Amerykanami uwidacznia sie na drogach - to, co sie dzieje na polskich drogach kaze mi myslec, ze prawdopodobnie jestesmy bardziej zacofani niz czlowiek pierwotny. Bo nawet jaskiniowcy cenili zycie, przynajmniej swoje, jesli nie blizniego, tymczasem wyglada na to, ze w moim kochanym kraju, 80% mieszkancow nie przywiazuje do tego elementarnego poczucia wartosci zycia zadnego znaczenia.
Ach, jakie piekne jest to "Trzesienie Ziemi w Nowym Yorku"! Pewnie, tez sa i lobuzy i zlodzieje i bandyci, ktorzy chodza teraz po ruinach i zeruja na cudzym nieszczesciu, ale zaraz sie pojawia ktos, ktory mowi, ze trudno, ze tak jest w kazdym spoleczenstwie, ale to nie znaczy, ze tacy sa wszyscy, albo, ze z tych zlych nie moga jeszcze powstac dobrzy ludzie. I przypomnialo mi sie szkolenie, ktore mialam chyba w 1993, albo 94, wlasnie na temat trzesienia ziemi. Bylam wtedy tlumaczem medycznym w Seattle, tlumaczylam z polskiego i rosyjskiego, i tamtejszy Wydzial Zdrowia organizowal szkolenia tlumaczy co roku. Uczyli nas, co robic na wypadek. A wiec po pierwsze, jak przezyc. A jesli sie przezylo, to co robic po pierwsze, a co po drugie, a co po trzecie, zeby przezyc nastepne cztery do pieciu dni, bo tyle ma trwac chaos. I co nalezy zrobic, jak sie juz zapewnilo i sobie i swoim najblizszym bezpieczenstwo. A wiec jak ratowac innych, jak organizowac pomoc, na co uwazac, co w pierwsej kolejnosci zabezpieczac i w ogole wszystko, co moze sie okazac niezbedna wiedza w przypadku.
I jeszcze mi sie przypomnialo, jak reagowali wszyscy znajomi Polacy, kiedy sie ich pytalam, czy wiedza co robic w przypadku trzesienia. Kazdy, dokladnie kazdy odpowiadal, ze nie wie, i nie chce i nie bedzie wiedziec. Jeszcze mowili dumnie: "Ja jestem ryzykant!
Co ma byc, to bedzie!". Spytalam o to samo swoja siostre Bogunie, kiedy byla u mnie w Stanach. Odpowiedziala to samo. Spytalam: "No dobrze, a przypusmy, ze przezyjesz.
I ze pod gruzami gdzies sa Twoje dzieci i Twoje wnuki. Co wtedy?" - na co moja siostra - "To ja tak nie chce! Ja wtedy wole tez umrzec!" . "No dobrze, ale to nie ty wybierasz. Tak sie zdarzylo, ze przezylas, a Twoje dzieci i wnuki sa nie wiadomo gdzie. Co wtedy robisz.
Popelniasz samobojstwo, czy ich szukasz i probujesz ocalic?"
Dopiero to trafilo. Dopiero wtedy moja siostra uprzytomnila sobie, ze przeciez owszem, cos takiego mogloby sie wydarzyc. Cieszylam sie, ze choc jedna osobe z Polski przekonalam.
Moze ona to powie kilku znajomym. Moze ludzie pomysla. Moze kiedys sie cos zmieni.
* * *
Kiedy w Polsce pierwszy raz wydano "Mistrza i Malgorzate" Bulhakowa, gdzies w koncu lat siedemdziesiatych, to to byla niewielka ksiazeczka w serii "Nike". Potem wydano ja po raz drugi, na poczatku 80-tych lat, nie pamietam, moze wlasnie z powodu i w czasie "Solidarnosci.
Zanim udalo mi sie ja dorwac i przeczytac, przeczytal ja Mariusz Wilk i tak mi o niej opowiadal: "Joanna! To jest zupelnie inna ksiazka! To jest ksiazka o ubekach, tam sa wszedzie ubecy, i wszystko, co sie dzieje, dzieje sie z ich powodu!"
I teraz , kiedy mysle o wspanialym zrywie narodu, i jej bohaterskich przywodcach, naprawde mysle czesto, ze to jest dokladnie tak, jak z "Mistrzem i Malgorzata", ocenzurowanym i nie.
Tak naprawde, to to jest zupelnie inna ksiazka.
To jest ksiazka o ubekach. Tam byli wszedzie ubecy i wszystko sie dzialo z ich powodu.
Jakim cudem udalo sie nam naprawde odzyskac niepodleglosc?
Bo sie nam udalo, teraz wreszcie napewno to wiem, ze jest to fakt.
Ano, mysle, ze dzieki tym bardzo niewielu, ktorzy i wtedy i teraz byli i sa moimi przyjaciolmi, i ktorzy sie uparli. I jeszcze dzieki czemus, ale to bedzie w konkluzji.
Wtedy jednak - w czasie wczesnej "Solidarnosci", jesienia 80-go roku,
sentymentalna panna "S" byla zaubeczona nieprawdopodobnie. Joanna Gwiazda mowila zawsze, ze nalezalo zakonczyc zapisy do "Solisarnosci", wtedy kiedy nas bylo 3 miliony. Bo wtedy jeszcze ludzie sie ciagle jeszcze bali, i ci, ktorzy sie zdecydowali, ryzykowali.
No i miala racje, mogloby sie wszystko inaczej potoczyc, moze bysmy oszczedzili kilka lat, a moze byloby nieco latwiej, ale moze nic z tych rzeczy, moze nawet tego nam by sie nie udalo zalatwic, co sie udalo, w czasie trwania legalnej "S". Bo sie bardzo duzo udalo.
Udalo sie przeforsowac szereg ustaw, m.in.te wlasnie o cenzurze, dzieki ktorej mozna bylo w Polsce wydac calego "Mistrza i Malgorzate". I w ogole pchalismy sie z ustawami, jak sie tylko dalo, bo jak cos jest w prawie zapisane, to jest to duzo trudniej odwrocic, a mysmy sie sie spieszyli, zdajac sobie pewnie sprawe caly czas, ze mozemy nie zdazyc.
Tak samo sie spieszylismy z pomnikiem, tj, z jego wybudowaniem,
i z wystawa o Grudniu 70'. To byl moj wlasny pomysl, ta wystawa. I ogromnie jestem z tego dumna. A bylo to tak: wtedy jeszcze wszyscy bylismy od wszystkiego, choc niby juz kazdy mial jakies okreslone zajecie, albo dzial. I po jakiejs wczesnej krajowce, w tumulcie chaosie i tlumie, jeden z pierwszych ochotnikow, ktorzy pojawil sie w naszym budynku w sprawie Grudnia 70, niejaki pan Tadeusz Jaroszynski, dorwal w ktoryms z foyer Jacka Kuronia, zlapal go za guzik brazowej, zamszowej kamizelki i powiedzial, ze jest swiadkiem i uczestnikiem z Grudnia, i kto sie ta sprawa zajmuje.
Szczerze mowiac, dzis mysle, ze to bylo po prostu zrzadzenie losu, i ze Pan Bog postawil mnie w tym foyer nie przypadkiem. To wlasnie mialo sie stac. I Jacek, ktory jak zawsze pedzil gdzies, i juz byl spozniony, rozejrzal sie dookola i powiedzial: "O, TA panu wszystko powie!" I do mnie: "Joasiczku, zajmij sie tym panem, dobrze? Ja naprawde musze leciec!".
I sie zajelam. I moze nawet tego samego dnia wpadlam na pomysl wydania ogloszenia. Nie pamietam jego dokladnej tresci, sama je napisalam, jak prawie zawsze wszystko, bez porozumiewania sie nawet z zadnymi wladzami Zwiazku, ale bylo krotkie i tresciwe, proszace wszystkich posiadaczy jakichkolwiek zdjec z Grudnia 70' o kontakt ze mna, w budynku MKZ NSZZ "Solidarnosc", adres i telefon, pokoj 43. Wydrukowal mi je Wojtek Bubela z kolegami, w bardzo duzej ilosci, chyba ze cztery podluzne ogloszenia wchodzily na kartke formatu A4, i rozpuscilismy to po miescie. Wszystkie ogloszenia, biezace plakaty,
wszystko, czym zyla "Solidarnosc" w danym momencie musiala znalezc odzwierciedlenie w plakatach, tekstach, ba!, piosenkach nawet, ktore na predce powstawaly w naszym dziale i natychmiast byly wrecz recznie rozpowszechniane. Po pierwsze na parterze naszego budynku, w wielkich oknach kwiaciarni "Sasanka". Poczatkowo nielegalnie, naklejane na szybach, po tym, jak nam najpierw odmowili wspolpracy, a potem juz za porozumieniem stron, pozwolili nam to umieszczac w ich wystawowych oknach.
Poza tym nasze teksty i zawiadomienia byly we wszystkich autobusach, tramwajach, pociagach, i sklepach. Brygada Zygmunta B. i setki nastoletnich ochotnikow rozprowadzaly to po trojmiescie i okolicach. Rany! Alez ludzie byli wtedy glodni wszystkiego! Kazdego wolnego slowa, kazdej prawdziwej informacji, kazdego strzepu papieru, ktory nie byl cenzurowany. No i zglosili sie do mnie dwaj ludzie, jeden mial film z Gdanska, drugi z Gdyni, i wreszcie, po dziesieciu latach mielismy dowody. Bylo od czego zaczac, zeby moc przezyc na nowo Grudzien, i tym razem wygrac.
I tak wymyslilam Wystawe. I tak zaczelismy zbierac aswiadkow i dowody i opowiesci, i Bogdan zalozyl cala sekcje historyczna do archiwizacji, zbierania relacji, i w ogole wszystkiego, i juz zaczelo wszystko leciec samo.
Ano - wlasnie. Zaczelo? Pewnie, ze tak. Tym niemniej czegokolwiek sie czlowiek dotknal, nic nie szlo gladko. I mysle, ze to takze wlasnie byla rola ubekow i agentow, zeby moc nam paralizowac prace i utrudniac wszystko, jak najbardziej sie tylko da. Na kilka dni przed wystawa ciagle nie mielismy jezcze kilkunastu najwazniejszych fotogramow, a co gorsza, nie moglismy sie nawet dostac do negatywow, bo czlowiek, ktory mial akurat te wlasnie, po prostu ich nie zrobil. I nie mial zadnego wytlumaczenia. Uzylismy wowczas srodkow przymusu bezposredniego; dwoch najwiekszych i z najwiekszymi barami fotografow, udalo sie do jego pracy, chyba na Politechnike, ale glowy nie dam, po czym z nim, a czlowiek byl raczej miniaturowy, do jego ciemni, i jak to zrobili, nie wiem, ale przyniesli potrzebne zdjecia i negatywy.
Ta pozna jesien 80 -go roku byla w ogole dosc dramatyczna: Jakos straszno dosyc bylo, i mysle, ze byla taka alternatywa, ze moglismy nawet nigdy Pomnika nie zdazyc zbudowac, wtedy, kiedy sie Rosjanie powaznie przymierzali do interwencji, w koncu listopada i na poczatku grudnia. Moglo nawet nie dojsc do rejestracji, moglo sie wszystko wydarzyc i wydarzalo. 19-go listopada dranie zabili Roberta Mrowczynskiego.
Tzn, Robercik umarl w piec dni pozniej, kiedy go lekarze odlaczyli od przyzadow, ale napad nastapil po poludniu 19-go. Tzn, wieczorem prawie, bo tak szybko sie wtedy robilo ciemno.
Przyszli i powiesili go w jego wlasnym domu, w mieszkaniu, w ktorym mieszkal z babcia. Pisze o nim Robercik, bo znalam go od pieluszek, i moja przyjaciolka Basia, i jej mama Lilka Mrowczynska, tak na niego mowily. Jego wlasna mama Elzbieta, nazywala go Robert, a w szkole nazywali go "Mrowa". I kiedy Robert tego dnia wyszedl wczesniej, niz zwykle z naszego biurowego budynku, ktorys dobry ubek musial zawiadomic ktorych to nalezalo bandytow, ze droga wolna, bo Babcia jeszcze dlugo bedzie w pracy, i i mama i ciotka tez, wiec nadszedl czas. Barbara, siostra Elzbiety, mamy Roberta, byla moja przyjaciolka odkad skonczylysmy po czternascie lat, tylko z Jadwiga przyjaznie sie jeszcze dluzej, bo mialam mniej niz trzynascie kiedy sie z Jadwiga Staniszkis zaprzyjaznilam. Z Barbara i jej mama i siostra czulam sie jak z najblizsza rodzina, szczerze mowiac z nimi sie czulam i dalej czuje niemal bardziej rodzinnie niz z wlasnym rodzenstwem. I teraz, w "Solidarnosci", tj, wtedy, w 80-tym roku, prawie cala rodzine mialam dookola siebie, bo wszyscy moi najblizsi byli od samego poczatku z "Solidarnoscia" zwiazani, i Lilka, mama Basi, a moja strasznie kochana przyjaciolka byla kierowniczka sekretariatu Krajowki. Barbara przychodzila codziennie po pracy i pracowala dalej za darmo razem z mama, a Elzbieta glownie byla zatrudniona w Komitecie Obrony Wiezniow Politycznych, tez za darmo oczywiscie, ale cala rodzina byla w tym samym miejscu. I nasze dzieci codziennie do "Solidarnosci" przychodzily, bo cale prawdziwe zycie sie teraz tam przenioslo. Tego dnia, a chyba byl to czwartek, moze godzine potem, jak Robert wyszedl z MKZ-u, Lilka cos sie nie tak poczula, a moze cos wyczula, a moze sie czegos bala, w kazdym razie wyszla wczesniej tez. Kiedy przyjechala do domu, w ciemnym malutkim mieszkaniu, dudniacym od glosnej muzyki, znalazla zyjacego jeszcze, powieszonego Roberta. Na stole lezal rozpoczety chleb z nadgryzionymi brzegami, i stal otwarty, rozpoczety sloik dzemu, z ktorego Robercik wyjadal spozniony posilek. I jeszcze lezaly blankiety, na w pol juz wypelnione, z Aeoroklubu, do ktorego to wlasnie mial sie nastepnego dnia zapisac. Miał wtedy 18 lat.
Latem zeszlego roku, 2005, Lilka pokazala mi ten napoczety chleb. I otwarty sloik dzemu. Chleb jest suchy, ale bez odrobiny plesni. Tak samo dzem w sloiku nie zmienil sie absolutnie. Nie zmienil nawet koloru. Byl taki sam jak 25 lat wczesniej. I dalej jest.
zastanawiam się czy nie pojechać do Kiełpina i odszukać ojców tych skurwysynów, nastoletnich bandytów. Podobno bronią swoich pociech jak niepodległości i niczego nie rozumieją.
Czytałem, że jeden z nich chodził pijany po osiedlu wrzeszcząc, że "ta Anka sama sobie była winna". Bardzo chciałbym spotkać wtedy tą kreaturę...
Nie mogłem spać przez tę historię.
No, moze nie calkiem przestalam sie przejmowac; ale nie wydawali sie az tacy straszni.
Jakos ciagle nie kojarzylam wtedy "dobrych", albo "znajomych" ubekow, z groza skrytobojczych smierci, wiezienia i zdrady. A przeciez nawet wtedy, jak pierwszy raz pobili mojego Michala, co bylo w nocy 19-go sierpnia na Komendzie Milicji w Starogardzie, potem, jak zabrali wszystkich czterech chlopakow, ktorzy przywiezli bibule do jednego ze Starogardzkich zakladow, i tamtych trzech wsadzili do dolka, a Michal byl za mlody, wiec go tylko pobili i wyrzucili w nocy na ulice, nawet juz wtedy ktorys znajomy i dobry ubek ze stoczni, zawiadomil gliny, ze chlopcy wlasnie tam jada.
I w ogole, chociaz nie pisze tu wlasciwie o strajku, to to co pisze, mimo wszystko maluje ten czas strajku w tylko kolorowych barwach, wiec musze sprostowac, ze to nie calkiem tak. Poza wariujaca adrenalina byl przeciez strach i groza, i pamiec 70-go roku. Dopoki nie przyjechal na stocznie Jagielski, 23-go sierpnia, nie wiedzielismy nawet, czy to przezyjemy. A nawet, kiedy sie toczyly negocjacje, nie wiedzielismy, czy my, czyli "osoby wspomagajace", przypadkiem nie wyladujemy w wiezieniu.
Wiec chodzilismy po tej linie caly czas; jak samobojcy, od poczatku strajku, az do stanu wojennego, kiedy nam te line zabrali na dobre.
Ale wtedy, po strajku, a na poczatku "Solidarnosci", bylismy szczesliwi, ze dzieje sie, co sie dzieje, a poniewaz klopoty i nieustanna walka o wszystko, co niby zostalo w Porozumieniach Sierpniowych zapisane, ze wygralismy, zabieraly cale 24 godziny na dobe, 7 dni w tygodniu, wiec problem agentow wsrod nas nie wydawal sie chyba az tak smiertelnie powazny, jak powinien byc.
Pewnie, wolelibysmy, zeby ich wsrod nas nie bylo, ale jakie czlowiek ma szanse sie przed nimi uchronic? Jesli sie kogos nie zna od przedszkola, to co mozna o kimkolwiek powiedziec? Pewnie, staralismy sie; Bogdan Borusewicz jakos tam nas sprawdzal; kto za kogo moze reczyc itd, ale jak sie pozniej okazalo, sam kilka razy reczyl za ludzi, ktorzy okazywali sie potem agentami.
W moim dziale, kiedy pracowalo juz w nim chyba ze czterdziestu ochotnikow, i trzeba to bylo wreszcie wszystko uregulowac, zatrudnic kogo sie da, oficjalnie, jako oddelegowanych do pracy w "S", podtrzymac wspolprace z innymi, jesli sie da, wpadlam jeszcze dodatkowo na nastepujacy pomysl: Poprosilam wszystkich o napisanie czegos w rodzaju "resume".
Zyciorysu, jak sie to wtedy nazywalo. I to wtedy Mietek Cholewa przyszedl do mnie i opowiedzial, jak po pobiciu przez gliny w 77, czy 78, z jakiegos powodu i tak mieli go w reku, i ze sie zgodzil donosic. na Bogdana, swego przyjaciela zreszta. I jak jego serce bylo caly czas z opozycja, tfu, jak nienawidzi tej komuny, i jak wreszcie postanowil, ze koniec, jest z opozycja i juz, i dlatego przyszedl spiewac Janka Wisniewskiego na stoczni, razem z mama tam byl, mame przeciez juz znalam, ojca zreszta tez, obydwoje juz mocno starsi panstwo, a oddani "Solidarnosci" dusza i cialem.
No wiec sie prawie wzruszylam jego spowiedzia, i spytalam sie, czy Bogdan o tym wie.
"Wie, oczywiscie, alez tak!". Juz wtedy byl na swiecie maly synek Mietka, ktorego ochrzcil wlasnie Bogdan, bo cala rodzina panstwa Cholwów byla absolutnie w Bogdanie zakochana.
Powiedzialam Mietkowi, ze nie moge sama zdecydowac, co zrobic, i ze bede musiala zawiadomic szefow, i poszlam ze sprawa do Komisji Interwencji. I Komisja wziela Mietka na dywanik, sklarowala go, i prawdopodobnie mialabym do niego z powrotem zaufanie, gdyby nie fakt, ze jakos wkrotce potem, przypadkiem, poruszylam sprawe Mietka z Bogdanem. Powiedzialam, ze wiem, ze mu sie przyznal...na co Bogdan: "Tak ci powiedzial? Naprawde?
Otoz pierwszy raz slysze o tym od ciebie!".
To byla rewelacja, choc domyslilam sie, ze w ten sposob pewnie Mietek chcial przekazac wiadomosc Bogdanowi, bo sam nie mial odwagi, ale, skorkowany, sklamal.
A Bogdan juz nigdy nie odwiedzil domu Cholewow, i stad wiedzialam, ze sobie to mocno wzial do serca. A Mietek robil wspaniala robote, i razem z Ryskiem Czajkowskim, "Docentem" stworzyli naprawde swietne "radio". Czyli "RAS" - Radiowa Agencja Solidarnosci" sie to nazywalo. "Radio" produkowalo audycje na kasetach, ktore nadawalismy z balkonu mojego biura na trzecim pietrze, pokoj 43, Dzial Rozpowszechniania Informacji sie to nazywalo, a ja bylam tego dzialu szefem. Od propagandy, znaczy sie, ale nikt nie chcial uzywac brzydkich, PRL-owskich slow.
Biedne ryby, znowu dzis nie dostana jesc.
Trudno. Wczoraj zupelnie nie mialam czasu, i jakbym poszla karmic ryby, napewno juz bym dzis nic nie napisala. Wiec pisze:
Ale zanim byl strajk, juz sie i tak wiele w moim zyciu zmienilo: odeszlam z Wydzialu Architektury. Gralam z PRL-em w ciuciubabke od trzech lat - nie mogli mnie zwolnic, bo sie nie dawalam. Zawsze bylam chora, kiedy by mi mogli wreczyc zwolnienie, poltora roku zwolnienia mialam przez te trzy lata pracy. Pyszczylam przeciw Panstwu Polskiemu gdzie sie tylko dalo, demonstracyjnie obnosilam sie z wielkimi dziurami w rajstopach, i kiedy to tylko ktos zauwazyl, a trudno bylo nie zauwazyc w budynku Urzedu Miejskiego, gdzie przez korytarze przewalaly sie setki interesantow, wydzieralam gebe: "Ja sie mam wstydzic? JA?!!
Niech sie Panstwo Polskie wstydzi, ze inzynier wiele lat po studiach, na stanowisku, acha!, nie moze sobie pozwolic na pare nowych rajstop!"
Robilam w tym Wydziale co chcialam, nawet podkladalam swinie szefom, nie wykonujac sluzbowego polecenia, a glownie "anarchizowalam mieszkancow spoleczenstwa wojewodztwa gdanskiego", co mi w kilka lat pozniej slusznie zapisano w "Decyzji o Internowaniu'.
Chcialam koniecznie, koniecznie uciec z Polski, wyjechac do Ameryki na zawsze, i nigdy sie nie obejrzec, ale jak zawsze nie chcieli mi dac paszportu. Owczesny prezydent miasta, Rynkowski niejaki, Kazimierz zreszta, przyrzekal: "Damy pani paszport natychmiast jak sie pani zwolni z pracy". Na co ja mowilam: "To najpierw dajcie mi paszport, a ja sie wtedy zwolnie z pracy". Wiedzialam, ze mi nie dadza, bo trzeba bylo byc legalnie zatrudnionym, zeby go dostac.I tak kolomyja trwala przez trzy lata, dopoki nie wymyslilam czego innego.
A to inne, to byla Pracownia Ceramiczna. I to nie ja wymyslilam, tylko brat mojej przyjaciolki z roku, Niny Blockiej. Janek Neugebauer mial juz ze dwie swoje wlasne pracownie, i sie rozbudowywal, i zaczal mnie namawiac do zalozenia trzciej, a wlasciwie, filii jego wlasnej. I sie zdecydowalam.
I sie zglosilam do swoich wladz z propozycja: "Dajcie mi zezwolenie, to sie zwolnie".
Formalnosci potrwaly raptem ze trzy tygodnie, i w kwietniu 1980 roku stalam sie z lekka wolniejszym czlowiekiem. Pracownia byla wazna, bo moglam w niej zatrudnic wywalonych z pracy przyjaciol, a przede wszystkim Maruszeczke, czyli Mariusza Muskata. Musial miec jakies zatrudnienie, bo potrzebowal ubezpieczenia, juz nie mowiac o forsie. Tak jak ja go potrzebowal, bo tak jak ja rejterowal od czasu do czasu do Wariatkowa, gdzie bylo troche normalniej. Ale poza Mariuszem, jeszcze Bozena Rybicka z nami lepila garnki, i jej mlodszy brat Slawek Rybicki a jedyny, ktory mial w ogole pojecie o tym, co robimy, to byl Wojtek Bubela, i jeszcze byla z nami moja kochana Basia Mrowczynska, i w ogole byl czad. Wesolo i kapitalnie. I pracownie mielismy w domku moich przyjaciol, Wandy i Janka Boguslawskich w Oliwie przy
Doroszewskiego. Domek byl wtedy jeszcze w stanie surowym, i nikt jeszcze dlugo nie mial mieszkac w tym rzedzie swiezo wybudowanych szeregowcow, i byl zarosniety przepotwornie "ogrodek", i balkony i taras, jeszcze bez balustrad i w ogole bylo zycie.
Pieniedzy tylko nie bylo, bo jak jest poczatek, to trzeba najpierw wydawac swoje. Czyli pozyczone.
Moj dom na Ogarnej tez sie zrobil jakis lepszy; juz wtedy i Olek Hall i Andrzej Slominski i jeszcze inni chlopcy z Ruchu Mlodej Polski ciagle przesiadywali w naszej kuchni, i na okraglo w domu lecialy piosenki Kelusa. Pod Michala lozkiem lezaly stosy ulotek, i stad sie je wyciagalo, zeby po Starym Miescie rozrzucac. Ja udawalam, ze o tym nie wiem, a oni udawali, ze nie wiedza, ze o tym wiem. Darka Kobzdeja jeszcze nie bylo, bo siedzial, i Tadeusz Szczudlowski tez siedzial po 3-cim Maju, i caly nasz dom codziennie pustoszal, kiedy wszyscy lecieli do Kosciola Mariackigo, na codzienna "Modlitwe za Uwiezionych". Po ktorej sie rozrzucalo ulotki.
Namowilam Maruszeczke kiedys, zeby tam ze mna poszedl, bo sie sama wstydzilam; do kosciola nie chodzilam wtedy prawie wcale, ot, w Bozenarodzenie i Wielkanoc, ale tez niekoniecznie, i moj rozdzial z Panem Bogiem byl oczywisty. I kiedy poszlismy, i Maruszeczko uslyszal jak ludzie spiewaja na zakonczenie hymnu "Ojczyzne Wolna Racz Nam Zwrocic Panie", zamiast przepisowego"Ojczyzne Wolna Poblogoslaw Panie".., i Maruszeczko, juz kilkuletni opozycjonista Maruszeczko, wlasnym uszom nie mogl uwierzyc. "No przeciez to jest jawna rebelia" - powiedzial. "No to koniec. Koniec z PRL-em. Tego juz nikt nie zatrzyma."
10/21/06
I nie zatrzymalo; miesiac pozniej zaczal sie strajk.
W poniedzialek, tego Wspanialego Tygodnia pojechalam na kilka dni do Krakowa; takie sobie zrobilam wakacje niby. I 14-go sierpnia, w czwartek, jeszcze bylam w Krakowie.
15-go, w piatek bylam w Warszawie, i nie moglam sie dodzwonic do domu. Nigdzie sie nie moglam dodzwonic. U Jadwigi Staniszkis tez jakby bylo caly czas "zajete", i nie chcialam do niej jechac nie sama bez uprzedzenia, wiec wreszcie o 6-ej rano w sobote, 16-go wrzesnia znalazlam sie z powrotem w Gdansku. I o szostej rano sie dowiedzialam o strajku. I na piechote z ciezka torba zasuwalam jak najszybciej do domu, gdzie Michal bedzie wszystko wiedzial. Nie przewidzialam mimo wszystko w najsmielszych marzeniach, co mnie w tym domu bedzie czekac: z dziesieciu spiacych w ubraniach chlopakow z Ruchu Mlodej Polski, spiacych, gdzie sie tylko dalo, i malutkie mieszkanie poprostu zawalone plecakami.
I nic sie nie dowiedzialam; bo jak tylko weszlam, chlopaki sie poderwaly, porwaly za plecaki i juz ich nie bylo. Jeszcze zdazylam tylko uslyszec od Michala: "Mama, nie mamy czasu, przywozimy chleb na stocznie!" I tyle.
I wtedy zaczelam naprawde zyc. Dla mnie wtedy nastapil koniec PRL-u. I cale moje zycie od tego czasu, az do 89-go roku bylo temu koncowi podporzadkowane. Czy wierzylam, ze komunizm w Polsce sie skonczy? Jeszcze w XX wieku?
Ani przez chwile.
Kiedy ktoregos z wczesnych dni strajku spotkalam sie ze swoim wspolnikiem od lepienia garnkow, Jankiem N., ten nie ukrywal furii. Mial pewne prawo byc zaniepokojony, bo przeciez nasza pracownia przestala kompletnie dzialac; wszyscy byli na stoczni, a jesli nie na stoczni, to i tak pracowali dla strajku. Wiec Janek nie mogl uwierzyc mojej glupocie:
"Czy ty naprawde myslisz, ze to jest prawda? Ze to robotnicy to zorganizowali?
Akurat!!! To KOR zrobil, a KOR to agentura czerwonych! Przypomnij sobie historie: Caryca Katarzyna sama zalozyla reakcyjne pisemko "Osa", zeby wylapac cala opozycje.
To jest to samo!".
A ja sobie myslalam, "Nawet jak jest to samo, wszystko mi jedno. Nawet jesli to zorganizowali czerwoni, choc ciekawe po co, to i tak tam bede. I bylam, przez caly czas, oczywiscie, co wszyscy z sali BHP pamietaja, bo tak mnie bylo wszedzie pelno, i robilam wszystko, co trzeba bylo robic, poczynajac od herbaty i kanapek, przez rozwozenie bibuly noca, przez tlumaczenia wywiadow Walesy dla wszystkich dziennikarzy swiata, przez zorganizowanie dyzurow przy moim domowym telefonie, informacja dla strajkujacych zakladow to byla, no jakby calkiem wsztystko.
Od samego poczatku probowalam sciagnac Jadwige Staniszkis: prosilam Bernarda Gette, o przekazanie jej notki ode mnie, on odmowil, okropnie speszony, powiedzial, ze nie moze, bo go moga wywalic z Polski, a nie ma nic wazniejszego na swiecie, niz byc w tej chwili w Polsce, ale i tak jej powiedzial, co trzeba, i przywiozl mi od niej notke: "Joanna, nie przyjade,
nie bede mogla spojrzec jeszcze raz prosto w oczy robotnikom na Stoczni,
Trzymaj sie, kochana".
Bo Jadwiga byla na stoczni po 70-tym.
Ale przyjechala, razem z innymi, z pieciorgiem innych ekspertow. Szkoda, ona sama bylaby najlepsza, jak sie zawsze okazywalo. I odkad Jadwiga byla takze na Stoczni i na strajku, to byla juz tam cala rodzina, tak to czulam.
Nie pisze o strajku, to jest gdzie indziej, to tutaj, to jest rozprawka o agentach w PRL-u.
I jesli na strajku sie balismy agentow, bo sie oczywiscie balismy, to przede wszystkim dlatego, ze sie balismy prowokacji. Tego, ze przyniosa alkohol, ze zrobia burde, ze w cos nas wmanewruja. No i oczywiscie bylo bardzo wazne, zeby nikt nie wiedzial, gdzie sie drukuje, bo przeciez na Stoczni mozna bylo owszem, troche powielac, ale przeciez nie drukowac w jaknajwiekszym nakladzie. Nic nie bylo tak wazne jak informacja. I pod brama stoczni gromadzily sie codziennie dziesiatki tysiecy ludzi, po pracy przychodzili pod stocznie ci, co nie strajkowali, glownie po informacje. I ta sama informacje, o wszystkim, co sie na strajku i na stoczni dzieje, trzeba bylo dostarczyc wszedzie. Telefony nie dzialaly poza Gdanskiem. Tj, owszem, podobno z "Heweliusza" sie mozna bylo dodzwonic za miasto, ale tylko zagraniczni dziennikarze mogli.
Wiec oczywiscie bylo kilka drukarni, prawdziwych, poza stocznia.
Jedna byla w Komunie Paryskiej, a trzy inne...Nawet dzisiaj nie napisze, gdzie byly trzy inne. Co jednakze jest naprawde fajne, to fakt, ze czlowiekiem, ktory zalatwil niemal caly druk, i niemal caly kolportaz, to jest zorganizowal to wszystko, byl Pawel Miklasz, o ktorym juz wtedy Mloda Polska mowila, ze nie jest pewna, czy on przypadkiem nie na dwie strony, ale ktorych glownym wydawca byl wlasnie on. I teraz to juz podobno jest zupelnie pewne, ze Pawel rzeczywiscie byl TW. A wtedy jezdzilam z nim przez kilka nocy, i czesto w ciagu dnia, i kurcze, on byl absolutnie, calym sercem zaangazowany. Jezdzilismy takze od zakladu do zakladu, do roznych strajkujacych zakladow, chocby po to, zeby ludziom powiedziec, ze wszystko jest fajnie, i zeby sie trzymali.
A potem, po strajku, juz w biurze "Solidarnosci", najpierw na Marchlewskiego 13, potem na Grunwaldzkiej, znajomych ubekow widzialo sie wszedzie. Byli tacy, ktorzy sie nie przejmowali wyganianiem; chcieli robic byle co, byle tylko robic i tam byc. jeden byl taki, ktorego sie ciagle wywalalo z "drukarni", a on ciagle wracal. I ktoregos dnia wczesnej "Solidarnosci", kiedy Pawel zadzwonil z Warszawy, jeczalam do telefonu: "..wszedzie ubeki!
W drukarni ubek walkuje..." - na co Pawel - "A niech drukuje! To ciezka praca jest przeciez!
Moze przy okazji sie czegos nauczy! A poza tym, o co ci chodzi? Przeciez "Solidarnosc" jest legalna, co chcesz przed nimi ukrywac? Nie mamy nic do ukrycia!"
I w ten sposob sie przestalam ewentualna agentura w "Solidarnosci" przejmowac.
Az do kolegi Mieczyslawa Wachowskiego.
Moze przesadzilam, moze sie jeszcze nie poczulam "u siebie" w PRL-u, ale spotkalam ludzi i poznalam mieszkanie, w ktorym sie "u siebie" poczulam.
I wtedy sie nagle zrobilo jeszcze calkiem najlepiej: otoz kiedy zona Mariusza (nie moge sobie przypomniec, jak ma na imie!) poszla otworzyc drzwi nowym gosciom, stanelam pierwszy raz oko w oko z ludzmi, ktorych nazwiska juz znalam z roznych niezaleznych publikacji: Krzys Wyszkowski, obydwoje Gwiazdowie, chyba Bogdan Borusewicz, ale tak kompletnie glowy za to nie dam, i jeden taki robotnik ze Stoczni, duzy taki, Sokol, czy co, w kazdym razie salon Muskatow sie nagle z powrotem zrobil absolutnie pelniusienki, bo tacy duzi oni wszyscy byli, a jesli nawet nie tacy duzi, bo przeciez Joanna jest mojego wzrostu, to tacy cudownie zamaszysci! Pelno ich bylo i glosno i absolutnie cudownie.
Kiedy sie co niektorzy z lekka zawahali, widzac dwie nieznane baby, Mariusz, a moze tez jego zona nas "sklarowali" w jakis tam sposob, powiedzieli, ze my, to o kay, zaczeli jeden przez drugiego glosno i absolutnie pewnie dyskutowac tekst deklaracji programowej Wolnych Zwiazkow Zawodowych, a raczej konkretne slowa i sformulowania. I oswiadczenie zalozycielskie, czy cos takiego, w kazdym razie to wlasnie wtedy i wlasnie tam sie na pismie zalozyli i zadeklarowali, a moj wlasny dlugopis zostal do tego zapisywania uzyty. I pisal Krzysztof, i jemu ten dlugopis pozyczylam. I do dzis jestem z tego dumna.
I wtedy spotkalam od razu przynajmniej dziesiecioro wolnych ludzi, po raz pierwszy w PRLu, a w kazdym razie tak mi sie wtedy wydawalo. Co zreszta nie przeszkadzalo mi sobie pozniej myslec: "..a ktory z nich jest "ich?..". Ale to pozniej, wtedy jeszcze nie.
Gdyby jednak kto myslal, ze odtad sie zaprzedalam opozycji dusza i cialem, i ze wreszcie sie cos w moim zyciu na dobre wyprostowalo, no to nie . jeszcze nie, i dlugo jeszcze nie.
Nie na darmo bylam dzieckiem PRL-u, nawet nabytej schizofrenii nie daje sie tak szybko pozbyc. Cierpialam, pilam, mialam depresje, chodzilam do pracy i chorowalam, zylam jak straceniec bez nadzieji, i bardzo malo jest naprawde dobrych momentow z tamtego okresu mego zycia, ktore bym pamietala. Od 74-go roku juz chodzilam do psychiatry, ze straszliwymi depresjami, w koncu, chyba w koncu 77-go roku poszlam z wlasnej i nieprzymuszonej woli do szpitalika dla wariatow w Akademii Medycznej w Gdansku.
Wstydzilam sie tego, wstydzilam sie ze nigdzie nie pasuje, i ze tam sie czuje lepiej, niz w swoim domu na Ogarnej, ale kiedy sie przyznalam do tego swojej ukochanej przyjaciolce Jadwidze, powiedziala cos wspanialego, cos, co mi pomagalo przez reszte zycia:
"W nienormalnej rzeczywistosci tylko rzeczywiscie chory psychicznie moze sie przystosowac, normalni ludzie wariuja, wiec jestes w dobrym towarzystwie." Przypomiala takze slowa jednego znanego opozycjonisty o Mariuszu Muskacie:
"A co, nie wiedzialas, ze to wariat? A kto, jak nie wariat, dopisywalby na tablicach ulicznych "Utraconej", do "Aleji Niepodleglosci"? - trudno, tak juz musi byc, o mnie tez wszystko mowia" - mowila.
A moja przyjazn z Wieskiem zaczela wtedy tez podupadac; po pierwsze, juz sie zaczynalam troche moze jej wstydzic, ale poza tym, moj przyjaciel zwierzyl mi sie, ze zamierza odejsc z policji. Ze przygotowuje swoje odejscie po malu i po cichu, jakos sie moze najpierw okazac, ze jest powaznie chory, pojdzie rente, zalozy stolarnie, i bedzie robil to, co naprawde lubi; dlubac w drzewie. Pewnie, aprobowalam, ale pamietalam przeciez, co mi wczesniej mowil; "z mojej sluzby odchodzi sie razem ze smiercia." Ale wkrotce potem zdarzylo sie jeszcze cos; albo to byl poniedzialek, albo po jakis swietach, ze Wiesiek wpadl do mnie z dramatyczna wiadomoscia: "Aska, zabilem czlowieka!!!" - i opowiedzial.
W niedziele, a moze to byly jakies swieta, jechal z rodzina z Gdyni do domu na Przymorzu. Z zona i dwojka dzieci, mniej wiecej w Michala wieku. Byli na jakiejs rodzinnej wycieczce, wracali z niej, i w Orlowie albo Redlowie Wiesiek stuknal pieszego. I zabil go. Na smierc.
"A najgorsze, ze nawet nie byl pijany!" - rozpaczal Wiesiek. Przewidywal, co mu moze grozic: wywala go z pracy? wsadza do wiezienia? To nawet raczej nie wchodzilo w rachube, ale samo wywalenie z pracy go przerazalo.Zal mi bylo Wieska, ale jeszcze bardziej zal mi bylo przejechanego pieszego, i w ogole bylo to i zle i smutne, i paskudne.
Ale to jeszcze nic; moze w tydzien, albo dwa potem, Wiesiek znow niespodziewanie wpadl do mnie do domu, zupelnie inny. "Joanna! Wyobraz sobie! On BYL pijany! Jestem niewinny!!"
Rany Boskie. Do mnie to mowil. Do swojej starej kumpelki. Siebie oszukuje, czy co?
I to byl juz wtedy koniec przyjazni.
Przestal mnie odwiedzac, co mnie cieszylo, a kiedy go raz spotkalam latem na ulicy, chyba w czasie Jarmarku Dominikanskiego, na skrzyzowaniu Szerokiej I Grobli III czy tez IV, wypilismy razem ostatnie piwo. On juz chyba nawet mial wtedy te stolarnie, ale nie wiem, w kazdym razie wypilismy to piwo na pamiec starych czasow, ale powiedzialam mu wtedy, ze prawdopodobnie ktoregos dnia go nie poznam na ulicy, bo juz za duzo wowczas roznych zwiazanych z opozycja ludzi do nas do domu przychodzilo, i moze ktos daj Boze byl jeszcze nie calkiem namierzony, wiec z zalem ale i ulga nie spotkam go wiecej ani w domu na Ogarnej, ani nigdzie indziej, a jesli przypadkiem, to gdybym byla w towarzystwie, to te towarzystwo natychmiast uprzedze, gdzie pracowal.
A potem, juz calkiem niedlugo potem, zaczal sie strajk.
Wiesz co Michale?
Te osiem dni poza domem, w cudownym Mukilteo, ale przede wszystkim bez polskiej telewizji, wspaniale mi zrobilo. Na glowe.
Wydaje mi sie, ze dochodze do punktu, kiedy rozumiem co z czego wyszlo i dlaczego, tak jakby sie czlowiek wspial na szczyt gory i widzial wszystko pod soba, cale 360 stopni, i on w srodku, i od niego juz mozna pojsc tylko wyzej w myslach i marzeniach, a wyzej jest tylko Bog, i wreszcie sie jest w pelnej harmonii z tym co wyzej i tym co nisko, i wreszcie jest sie w zgodzie z zachwycajacym swiatem.
Bo tak sobie wlasnie zrozumialam, jak straszliwie sie lata PRL-u, po koszmarze wojny, odbily na nas wszystkich z Polski. Pisalam Ci o tym, jak roslam w niewiedzy i nieprawdzie, razem z Polska Ludowa, i tak roslismy wszyscy, Schizofrenicy Polski Ludowej, na jej potege i pohybel. A na cosmy wyrosli, popatrz sobie na TVN 24. I prawdopodobnie jakikolwiek polski kanal.
Sejm jest pelen moich kolegow i przyjaciol, Dziennikarze, ci starsi i lepsi, sa wspolczesni mnie, wszyscysmy sie wysypali z tego samego wora. I sie po prostu w dalszym ciagu jakby nie dawalo zyc: to wszystko razem wyglada jak marionetki w kukielkowym teatrze, i jest dokladnie tak samo przekonywujace. No bo jak mozna nie wiedziec, czy kolezanka Renata Beger to bohaterka czy kurwa? I czy moze i jedno i drugie?
Wylaczylam TV.
Przypominam sobie znow dziecinstwo, i dwa roczniki oprawionego tygodnika "Ilustracja Polska", z 1937-go i z 1938 roku. Byly to wielkie i grube, oprawione w twarda okladke tomy, i inaczej, niz w lozku nie dawalo sie tego czytac ani ogladac, a ja w lozku spedzalam pol zycia, ciagle chora. Wiec rodzice dali mi to wreszcie do czytania, jak juz nie bylo w domu nic innego, co moglabym czytac, kiedy mialam jakie ze szesc lat. A moze piec. I pamietam taki jeden numer z artykulem pt. "Ostatnia Sielanka Ostatniego Cara", artykul na kilka duzych stron, ze wspanialymi zdjeciami Pana Cara z Rodzina. I ten maly chlopczyk w marynarskim mundurku, i te sliczne dziewczynki w tiulowych sukienkach, albo, w bialych marynarskich mundurkach, z kolnierzem z siutazami, byli na zdjeciach tacy sami, i tak samo ubranijak moj tatus, kiedy byl maly, i jak moi bracia, i przeciez nawet moja starsza siostra miala taki stroj. A Pan Car nosil takie same bryczesy i takie same wysokie buty, oficerki sie chyba nazywaly, jak moj ojciec, i cara przeciez zabili, za to, ze byl zly dla ludzi, tak mowili przeciez i w radio, i tak czytalam w gazetach, i takie ogladalam sztuki teatralne.
Wiec w zyciu moich rodzicow byla jakas bardzo zla tajemnica, i dlatego nie wolno mi sie nawet bylo wypytywac. A jak mnie sie podobala ta carska rodzina! Jaki sliczny stol mieli na tym ostatnim przed aresztowaniem pikniku! I tacy byli wszyscy spokojni, i lagodni i ladni, a przeciez we wszystkich bajkach jest Zly Car i Zly Pop, wiec moja osobista schizofrenia zaczela sie ogromnie wczesnie, jeszcze dlugo przed szkola. I co wiedzialam o sobie napewno, to to, ze jakos tam jestem na tym swiecie dzinym cudownym zbiegiem okolicznosci, bo przeciez nie mialo mnie byc, bo byla wojna i mama nie miala sily, i jeszcze wiedzialam, ze wszyscy jestesmy nielegalni, a juz najbardziej wlasnie ja.
I kiedy juz bylam zupelnie dosrosla i Ty byles na swiecie, moja miala wielkie trudnosci, zeby mnie przekonac, ze owszem, moj dziadek zyl z roli, ale na tej roli pracowala cala wies.
Ostateczny dowod, to bylo zdjecie domu we Wrzeszczowie, gdzie urodzila sie i moja mama i moi dwaj starsi bracia. Na zdjeciu moja mama, zupelnie mloda, stala w ogromnym otwartym oknie , w ktorym powiewaly tiulowe firanki z ktoryms z moich braci w beciku. Okno mialo kwdratowe mniejsze szybki, takie same jak mialam w Mukilteo, i ktore uwielbiam, i takie samo bylo duze przynajmniej 180 centymetrow szerokosci, i przynajmniej 120 wysokosci: i to bylo w sypialni, na pietrze. "Asiu, czys ty kiedy widziala takie okna w chlopskiej chacie ?!"- pytala sfrustrowana Mama. Ano, nie widzialam. Ani w chlopskiej chacie, ani w miescie tez. W palacykach, gdzie sie miescily konsulaty przy Grunwaldzkiej.
Ale i tam nie wszedzie. I nie na pietrach. Nie takie duze.
Ale do rzeczy, czyli o Ubekistanie, ktorym byl wtedy i przez lata caly PRL.
Kiedy wrocilam ze Stanow, i na poczatku 1977-go roku poszlam oddac paszport, i po raz drugi w zyciu bylam przesluchiwana przez polskie MO, postanowilam odszukac swojego dawnego, bylego chlopaka, o ktorym wiedzialam, ze tam tez pracuje, i ze w jakims wywiadzie gospodarczym. Jak oni wszyscy. A chcialam go odszukac z dwoch powodow; po pierwsze, juz wiedzialam, ze bylam obserwowana i notowana przez nich, wiec chcialam sie dowiedziec, o co im moze chodzic, i czy bardziej o Zbyszka, a mnie zas przy okazji, i w ogole co. A druga sprawa, o ktora sie chcialam wywiedziec, to: co wiedza o KORZ-e, i czy w Gdansku jest cos, co ich przypomina, i co mi grozi, jak sie do nich przylacze. No bo wlasnie w Stanach sie o nim, tj. o KOR-ze dowiedzialam, i bylam zachwycona, wyczytywalam co moglam w "Nowym Dzienniku" i w innych pismach, i juz wiedzialam wiecej, dlaczego bylam taka nieszczesliwa, i czego w zyciu nienawidze najbardziej, a najbardziej na swiecie nienawidzilam PRL-u.
To nie zabralo duzo czasu; wiekszosc mojej klasy wciaz byla ze soba w kontakcie, wiec po jakis dwoch tygodniach mialam Wieska numer telefonu. I kiedy sie po 18 latach spotkalismy, bylismy ze soba tak samo zaprzyjaznieni, jak w osmej klasie szkoly sredniej. Tyle, ze to byla juz tylko przyjazn, bez zakochania i bylismy ze soba szczerzy i nie bylo potrzeby zadnego owijania w bawelne. Przez nastepny rok chyba, Wiesiek byl bardzo czestym gosciem na Ogarnej, spedzalismy godziny gadajac, obydwoje cyniczni, on chyba bardziej, bo w koncu dla nich pracowal, a tak samo nienawidzil Ich jak ja. Ja tez dla Nich pracowalam, cala Polska dla nich pracowala, ale niektorzy troche mniej. Moj kolega z roku, Boze, zapomnialam, jak sie on nazywal, ale sobie przypomne, wiec ten wspanialy moj kolega, odmowil pojscia na wiec potepiajacy robotnikow z Ursusa, jeden jedyny z calego Wydzialu Architektury Urzedu Miejskiego w Gdansku, odmowil, powiedzial, ze musi odebrac dziecko z przedszkola. Wywalili go za to, i ja dostalam prace na jego miejsce - miejsce, ktore przez pol roku wakowalo w Wydziale. Stracilam prace w Pracowni Urbanistycznej, kiedy wyjechalam do Stanow, no ale udalo mi sie przyjac do pracy z powrotem na tym samym pietrze, w tym samym budynku, tyle, ze w zupelnie innej roli.
Tym razem mialam pracowac nie dla dobra miasta i jego architektury, ale dla dobra panstwa, a przeciwko petentom, jak mi powiedziano.
"Ktora strone bedzie pani trzymac, przy wydawaniu decyzji?" - sie zapytal pare dni po moim przyjeciu niejaki Lukjanow, szef kadr, czy czego, a moze jaki wiceprezydent. Jak sie dowiedzial, ze zamierzam pracowac w interesie obywateli. Jak to ktora strone? Od kiedy to sa dwie strony? Nie spytalam, bo wiedzialam, zawsze byly dwie strony. "Ja bym pani nigdy nie przyjal!!" Wsciekal sie Lukjanow. "My juz wiemy, co z pani za ziolko!". Byl na urlopie, kiedy sie zatrudnilam. Wszystko to opowiadalam Wieskowi, ktory znow byl moim przyjacielem, a on mi opowiadal swoje, a glownie mi mowil," Nienawidze tego, tak jak ty, ale z mojej pracy sie nie wychodzi. Nigdy. Dopiero ze smiercia." A ja znalam wszystkie szpiegowskie ksiazki, i wiedzialam, ze mowi prawde.
Od niego sie dowiedzialam pierwszych opozycyjnych nazwisk z Gdanska, i tego gdzie wreszcie pojsc, zeby kogos spotkac, i jak wreszcie pierwszy raz poszlam, do "Domu Kultury Niezaleznej", czyli do mieszkania Mariusza Muskata, jego zony i dwoch malych synkow, poszlam tam za wiedza swojego przyjaciela, ktory takze powiedzial :" Tam bedzie napewno przynajmniej ze dwoch naszych ludzi, tak ze wiedz o tym". Jakzebym mogla nie wiedziec; Przeciez mieszkalam w Ubekistanie!